Kapitalistyczne mordownie zwierząt

W miniony weekend społeczeństwem polskim – a w zasadzie bardziej świadomą i wrażliwą jego częścią – wstrząsnęła afera schroniska dla zwierząt w Bytomiu. Popularna piosenkarka ujawniła, zebrawszy dowody, że panować tam miały naprawdę fatalne warunki, takie, że określenie „obóz koncentracyjny” samo ciśnie się na usta.

Oczywiście był to (jest) obóz skomercjalizowany, schronisko jako takie służyło nie pomaganiu psom czy kotom, ale dojeniu pieniędzy. Jak na razie odwołano dyrektorkę, władze miasta zapowiedziały kontrole; zobaczymy, co będzie dalej, acz spodziewam się, iż prominenci zaczekają, aż sprawa ucichnie i nie zrobią nic.

Schronisko w Bytomiu nie jest, zaznaczyć trzeba, jedyną taką mordownią w Polsce, gdzie cierpienia i śmierć zwierząt się komercjalizuje pod pozorem niesienia im pomocy. W licznych tego typu placówkach warunki są fatalne, od zwierzaki nikt nie dba, w przeciwieństwie do liczenia pieniędzy już to ze środków publicznych, już to płynących od darczyńców.

Rzecz jasna, nie można wszystkich wrzucać do jednego wora, bo są schroniska dla zwierząt funkcjonujące naprawdę dobrze; takowe działa w mojej miejscowości (niedawno adoptowałem stamtąd już drugiego pieska). Czy zaliczają się one do wyjątków, trudno mi powiedzieć. Niemniej…

Ano właśnie, standardy opieki nad zwierzętami w Polsce kuleją, w wieku miejscach przynajmniej. Szwankują mechanizmy kontrolne.

Schroniska znajdują się, a w każdym razie powinny, pod nadzorem dwóch instytucji. Jedną jest gmina (jednostka samorządu terytorialnego odpowiedzialna za bezdomne zwierzęta), na terenie której schronisko się znajduje, drugą Inspekcja Weterynaryjna. Gmina ma kontrolować podmiot prowadzący schronisko poprzez umowę oraz regularne audyty, z kolei Inspekcja Weterynaryjna (w tym powiatowi lekarze weterynarii) określać powinna, czy funkcjonuje ono zgodnie z prawem.

Jak widać na przykładzie Bytomia, kontrole wychodzą różnie, innymi słowy, bywają czystą fikcją. Ot, papiery podpisane, pieczątka przybita, wszystko jest git, kto by się przejmował psami, kotami czy innymi zwierzakami. Co z tego, że wygłodzone, przemarznięte, brudne, schorowane…? Pieniążki trafiają na konto, i to się liczy. Tak to jest, kiedy swoi sprawdzają swoich.

Ano właśnie, źle kontrolowane schroniska zamieniają się w przedsiębiorstwa czysto komercyjne, kapitalistyczne. Czyli po prostu są firmami, które funkcjonują nie w celu ochrony zwierząt i pomaganiu im w znajdowaniu kochających domów, ale po to, by najzwyczajniej w świecie doić kasę. Bezdomny pies czy kot staje się li tylko środkiem produkcji, narzędziem maksymalizacji zysku. Nie stworzeniem, które potrzebuje pomocy, a przede wszystkim ludzi, jacy zajmą się nim, pokochają je i dadzą mu dach nad głową. Adopcje, zaznaczyć tu trzeba, muszą być świadome i odpowiedzialne.

I trzeba skandalu, jak w Bytomiu, żeby ktoś w ogóle sprawą się zainteresował. Problem w tym, że zainteresowanie takie szybko wygasa. Żywa, czująca istota to przecież nie płód, nie wymaga troski w katolickiej Polsce, zwłaszcza, jeśli Kościół głosi, że istota owa nie ma duszy, a prawicowi politycy najchętniej widzieliby ją na łańcuchu.

Co zrobić, aby sytuacja zmieniła się na lepsze? To znaczy, REALNIE zmieniła. Cóż, zapewne nie zaszkodziłoby doprecyzowanie przepisów odnośnie kontroli schronisk i w ogóle opieki nad zwierzętami. A przede wszystkim należy poprawić jakość samych kontroli. Tak, aby swoi nie kontrolowali swoich, lecz obecni byli zewnętrzni obserwatorzy. Może jacyś aktywiści pro-zwierzęcy?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kapitalistyczni esesmani

Usiłują mnie zabić

Klasowy rozjazd w rządzie