Ważna praca
W pewnej sieci sklepów, znanej już to z mocno naciąganego pod względem legalności zwalniania pracowników, już to ze złych warunków pracy (zimno, marne posiłki), w miniony piątek odbył się strajk ostrzegawczy. Krótki, bo o ile dobrze pamiętam, dwugodzinny jeno, ale sam fakt się liczy. Był on, dodajmy, pierwszą w historii tejże sieci akcją protestacyjną o tak dużym, bo ogólnopolskim, zasięgu.
Strajk był oczywiście elementem, a zarazem konsekwencją sporu między zarządem owej sieci, a pracownikami reprezentowanymi przez związki zawodowe. Postulaty tychże są głównie płacowe – wzrost wynagrodzeń, zwłaszcza dla pracowników fizycznych sklepów, czyli osób, które ponoszą największe koszta rosnącej presji operacyjnej w handlu detalicznym. Do tego dochodzi oczekiwanie pełnego przestrzegania Prawa Pracy (a polscy kapitaliści migają się od tego, jak mogą), w tym utworzenia Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych; zdaniem związkowców, jego obecny brak pogłębia nierówności socjalne w przedsiębiorstwie.
Oprócz tego działacze funkcjonujących w rzeczonej sieci (która, dodajmy, ogromnie nie lubi krytyki, zwłaszcza merytorycznej, bazującej na faktach) związków zawodowych poinformowali, jakie spotkały ich szykany. Otóż, kapitaliści usiłowali od dłuższego już czasu zastraszać pracowników w związku z planowanym strajkiem, szerzyli nieprawdziwe informacje na temat jego rzekomej nielegalności (w istocie był on stuprocentowo zgodny z prawem) tudzież utrudniali prowadzenie sporu zbiorowego. W odpowiedzi na to Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej zapowiedziało podjęcie kroków prawnych, jeśli owe zarzuty się potwierdzą. Warto w tym miejscu przypomnieć, iż od początku obecnej kadencji ministra Agnieszka Dziemianowicz-Bąk parę już ładnych razy stanęła po stronie proletariatu przeciwko kapitalistycznym wyzyskiwaczom, łamiącym Prawo Pracy (co w kapitalistycznej Polsce rzadkością, niestety, nie jest). Kontrolę przeprowadzić ma również Państwowa Inspekcja Pracy.
A teraz popatrzmy na temat ów z szerszej perspektywy. Jeśli pracownicy handlu strajkują – co przecież w III RP się zdarzało, strajki zaś owe nie zawsze ograniczały się do dwugodzinnych ostrzegawczych; pamiętam sprzed lat dużą akcję strajku włoskiego w pewnej portugalskiej sieci, tej z sympatycznym chrząszczykiem – społeczeństwo to odczuwa. Bo trudniej zrobić zakupy, bo trzeba dłużej stać w kolejce, bo niekiedy nie da się jakiegoś towaru nabyć. Oczywiście jest to wkurzające, niemniej ma na celu uzmysłowienie ogółowi osób obywatelskich, że w danej firmie czy nawet branży źle się dzieje i trzeba wprowadzić korzystne dla zatrudnionych zmiany. A przede wszystkim narzekania klientów dotrzeć mają do zarządu i kapitalistycznych właścicieli sieci, wymuszając na nich przeprowadzenie reform. No i pamiętajmy, że taki strajk źle wygląda PR-owo.
Analogicznie rzecz ma się z pracownikami wielu innych branż. Strajk kierowców też byłby nader bolesny. Podobnie jak strajk elektryków, serwisantów, gazowników, przedstawicieli sektora budowlano-remontowego, pracowników komunalnych (wyobraźcie sobie, jak wyglądałyby wszystkie miejscowości, od wielkich metropolii po wioski, gdyby przez parę dni chociażby nie wywożono odpadów), nauczycieli, urzędników (a w takim na przykład ZUS-ie też w każdej chwili dość może do strajku generalnego) i tak dalej. Nawet krótkotrwała przerwa w pracy tych osób odbiłaby się na komforcie bytowym wszystkich, całego społeczeństwa.
Pokazuje to ni mniej, ni więcej, że to proletariat jest kluczową klasą społeczną i bez niego ani gospodarka, ani społeczeństwo, ani państwo funkcjonować nie dadzą rady.
Tymczasem, co by się stało, gdyby zastrajkowali tacy na przykład prawnicy? Poza ewentualnie notariuszami, strajk większości z nich przeszedłby zauważony w takim jedynie stopniu, w jakim media by o nim mówiły. Gdyby kapitaliści, właściciele największych korporacji tudzież koncernów, nagle „zastrajkowali” (cudzysłów stąd, że musieliby strajkować przeciwko samym sobie) i, powiedzmy, przestali pojawiać się na radach nadzorczych, nikt by tego nie zauważył; ci burżuje i tak nie pracują, a kluczowe decyzje podejmują zatrudnieni przez nich specjaliści.
Burżuazja, a konkretnie kapitaliści to zatem klasa w zasadzie wydzielona bez społeczeństwa, nie mająca dla niego pozytywnego znaczenia, a w przypadku kapitalistów wręcz na nim pasożytująca.
Hierarchia ważności prac, branż, sektorów czy klas nie zależy od ich bogactwa, które najczęściej bierze się z wyzysku, czyli masowej kradzieży. Jej źródłem jest znaczenie wykonywania danej pracy dla ogółu lub przynajmniej większej zbiorowości. Co widać właśnie po tym, czyje strajki są realnie bolesne.
Komentarze
Prześlij komentarz