Posty

Zabić wilka

Jedną z ulubionych rozrywek części przynajmniej burżuazji (a także głów licznych państw, zarówno republikańskich, jak i monarchicznych) są polowania, czyli mordowanie zwierząt dla przyjemności. Ludzie (no, powiedzmy), którzy nie mają co zrobić z nadmiarem pieniędzy, wydają je na broń palną, noże, ciuchy, jakiś tam sprzęt, często samochody terenowe (do prawdziwego off-roadu, nie żadne SUV-y), i hajda w las, rozlewać krew. Zabijają, bo to daje im euforię, jak narkotyk; znajdują w ten sposób ujście dla swojego bestialstwa. Przy okazji mordy te stanowią źródło zysków dla innych burżujów, już to dla producentów broni i innego sprzętu myśliwskiego, już to dla organizatorów tych rzezi, już to dla księży kapelanów. Im bardziej masowe, tym większa forsa. Mamy tu więc do czynienia z czysto kapitalistyczną machiną, napędzaną śmiercią i krwią. Jednakowoż narasta społeczny opór przeciwko zabijaniu i ogólnie niehumanitarnemu traktowaniu zwierząt. Coraz więcej osób wybiera wegetarianizm oraz wega...

Brednie profesorki Środy

Ogólnie rzecz biorąc, szanowałem profesorkę Magdalenę Środę, filozofkę. Za to między innymi, że potrafi celnie wypunktować grzechy Kościoła katolickiego w Polsce oraz powiązanych z nim prawicowych środowisk politycznych. Ostatnio wszelako mój szacunek wobec znanej intelektualistki… no, może nie zanikł, ale uległ znaczącej redukcji. Pani Środa dołączyła bowiem do osób bredzących na temat depresji – jednej z najpoważniejszych chorób gnębiących współczesny świat, a zarazem obciążonych chyba rekordową liczbą stereotypów na jej temat („idź na siłkę/pobiegaj”, „w twoim wieku nie miałem czasu na takie bzdury jak depresja”, „weź się w garść”, „zjedz czekolady, a ci przejdzie”, „weź się do roboty”, „depresja to tylko chwilowy dołek”, itd.). Co gorsza, ostatnimi czasy stała się ona w (k)raju nad Wisłą tematem medialnych wypowiedz osób znanych, które o depresji mają takie pojęcie, co ja o fizyce kwantowej (czyli zerowe). Dopiero co bzdurny i potencjalnie niebezpieczny film o depresji i lekac...

Dziecko nie chce żyć

W minionym roku padł zarazem wyjątkowo ponury i przerażający rekord. W Polsce zanotowano łącznie 2031 (ta, DWA TYSIĄCE TRZYDZIEŚCI JEDEN!!!) prób samobójczych dzieci i młodzieży, z czego aż 150 (tak, STO PIĘĆDZIESIĄT!!!) zakończyło się zgonem. Ile było niezarejestrowanych, tzn. niezgłoszonych na policję ani inne służby tudzież instytucje, nie wiadomo, acz obstawiam, że sporo. Warto zauważyć, że liczba dziecięcych i młodzieżowych zamachów na własne życie rośnie w (k)raju nad Wisłą z roku na rok, niemniej liczba prób śmiertelnych przez lata oscylowała wokół setki rocznie. Zaszła zatem zmiana na gorsze… a obawiam się, iż ponura i tragiczna owa tendencja będzie się utrzymywała. Powodów jest zapewne wiele, aby je dokładnie określić, należałoby przeprowadzić badania. Niemniej, wśród przyczyn niemal na pewno występują między innymi takie: kondycja bytowa rodziny – w tym i dzieci (pogarszająca się w ostatnich latach na skutek nieudolnych rządów PiS-u, że nie wspomnę o naturalnych patologia...

Na przystanku

W moim województwie rozpoczęły się ferie zimowe, dzieciaki zatem odpoczywają od koszmaru, jakim jest Czarnkowa szkoła po PiS-owskich deformach. Tymczasem osoby bez prawa jazdy ani samochodu, zwłaszcza starsze, mają problem dostać się do pobliskiego miasta powiatowego, o ile nie ma ich kto podwieźć. Publiczny przewoźnik na czas ferii (w wakacje jest tak samo) drastycznie ograniczył bowiem liczbę połączeń, toteż ludzie niedysponujący innym środkiem transportu muszą albo czekać godzinami na przystanku i jechać o niedogodnej dla siebie porze, albo zabrać się prywatnym busem i wybulić więcej pieniędzy za bilet (9 zł w jedną stronę, za przejechanie kilkunastu kilometrów). Dobra, jest też pociąg, ale starszy człowiek, nieraz z problemami zdrowotnymi, musi dojść na dworzec, a po dotarciu do miasta powiatowego, od tamtejszego dworca przejechać autobusem do miejsca docelowego; dla wielu ludzi może to być ponad siły, nadto bilety PKP też mocno podrożały (nie-rząd niby obiecuje, że znów stanieją)....

Celebrytet

Kiedy jestem chory, idę do lekarza, stosuję się do jego zaleceń i zażywam leki, jakie mi przepisze (z tej ostatniej zasady wyłamałem się tylko raz, kiedy dostałem receptę na niepotrzebne mi tabletki na ciśnienie). Dzięki temu leczę się ze schorzeń, obecnie z depresji (to, że w ogóle czytacie te słowa, jest efektem tego, że mam psa – opieka nad nim i konieczność wyprowadzania powodują, iż jakoś zbieram siły do codziennej aktywności – oraz przyjmuję lekarstwa, które dosłownie podtrzymują mnie przy życiu i powodują, że mój stan się sukcesywnie poprawia). Owszem, nie gardzę też radami odnośnie zdrowej diety czy trybu życia, które otrzymuję od nie-lekarzy, ale pod warunkiem, że wygłaszają je osoby, które miały z daną chorobą doświadczenie lub dysponują realną wiedzą na jej temat (zaczerpniętą z merytorycznych źródeł medycznych; nie tylko pracownicy systemu opieki zdrowotnej mogą z nich korzystać). Nigdy za to nie diagnozuję się z pomocą wujka Google’a ani portali społecznościowych, a tym ...

Tragiczne koło historii

Kilka dni temu, 27 stycznia, obchodziliśmy siedemdziesiątą ósmą rocznicę wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau przez Armię Czerwoną. Niestety, w tym roku trudno rzecz całą świętować, ponieważ historia zatoczyła tragiczne koło. Znowu bowiem mamy w Polsce obozy koncentracyjne. Jasne, daleko im do hitlerowskich obozów zagłady, takich właśnie jak Auschwitz-Birkenau czy Treblinka; znacznie bardziej przypominają przedwojenną Berezę Kartuską. I nie powstały na rozkaz okupanta, lecz władz (k)raju nad Wisłą… aczkolwiek ideologicznie bardzo bliskich hitleryzmowi. Nie są też formalnie obozami koncentracyjnymi ani więzieniami. To, z oficjalnego punktu widzenia, ośrodki dla obcokrajowców, gdzie trafiają uchodźcy zgarnięci z granicy polsko-białoruskiej (rzecz jasna ci, którzy nie padli ofiarą push-backów, ani nie zmarli z wyziębienia czy głodu). Ostatnio chyba najsłynniejszym takim miejscem jest ośrodek/obóz w Lesznowoli. Ludzie uciekający przed wojnami, terroryzmem, prześladowani...

Ręka w rękę

Władysław Kosiniak-Kamysz, lider Polskiego Stronnictwa niezbyt Ludowego, niegdysiejszy (kiepski i szkodliwy) minister pracy w rządzie (kiepskim i szkodliwym) PO-PSL, stwierdził niedawno, że jako lekarz – jest nim z zawodu – nie pomógłby zgwałconej nastolatce w usunięciu ciąży. Nie pozwoliłoby mu na to, jak podkreśla, jego katolickie, a raczej klerykalne pseudo-sumienie. Rzecz jasna, postawa ta jest wyjątkowo niehumanitarna, wręcz sadystyczna, ale też nie dziwi. Pan Kosiniak-Kamysz jest przecież klerykałem. Wiernym, bezmyślnym poddanym Kościoła katolickiego, jak rzep psiego ogona trzymającym się jego fanatycznego przekazu. Podobne kwestie wygłaszał ongiś Konstanty Radziwiłł, też lekarz, były minister choroby w nie-rządzie PiS-u. Jak widać, PiS-owiec i „opozycjonista” niewiele się różnią. Ano właśnie, i tu dochodzimy do sedna sprawy. Polska prawica jest klerykalna, podporządkowana Kościołowi katolickiemu (a także USA oraz międzynarodowym koncernom i korporacjom, czym jednakże dziś ...