Najgorszy grzech księdza

Do jednej z małopolskich parafii przyjechał biskup z kontrolą. Nie spodobało mu się, jak proboszcz jednostką owa organizacyjną Kościoła katolickiego zarządza, no to zdecydował o przeniesieniu go na emeryturę.

I to właśnie wkurzyło parafian, którzy stanęli w obronie dobrodzieja, domagając się przywrócenia go na stanowisko. Podnosili, że proboszcz ów od dekad świetnie pełnił swoją funkcję i dużo dobrego robił dla parafii. Ich gniew był spory, używali nawet dość ostrych słów. W internecie, jak to zwykle bywa, szybko pojawiły się złośliwe komentarze, wymierzone w przedstawiciela kurii i oczywiście całą tę sytuację. Sugerowano – a jak najbardziej poważne medialne doniesienia zdają się to potwierdzać – że przyczyną odwołania proboszcza był najgorszy grzech, jaki może popełnić ksiądz.

Nie, nie chodzi o pedofilię; nasz dzisiejszy bohater wedle wszelkiego prawdopodobieństwa żadnych zdegenerowanych skłonności wobec osób niepełnoletnich nie wykazywał. Grzechem tym jest fakt, że nie doił swoich parafian, a dochody parafii, zamiast grzecznie odprowadzać do kurii, inwestował w rozwój tejże jednostki organizacyjnej Kościoła katolickiego. I za to właśnie był, a raczej jest lubiany.

Niestety, w strukturach kościelnych dobro nie popłaca, liczą się tylko pieniądze. Nic w tym zaskakującego, Kościół katolicki jest wszak korporacją, i to nader pazerną. Wierni oraz ich religijność to nic innego jak środki produkcji, czyli źródło zysku. Że co? Że to odczłowieczenie? Ależ jak najbardziej! Świecki katolik ma być maksymalnie posłuszny duchowieństwu i przynosić pieniądze, od składek na tacę po jak najwyższe opłaty za sakramenty, kapłani natomiast mają obowiązek transferowania tychże środków na wyższe szczeble struktury organizacyjnej, aż do biskupów, kardynałów, a finalnie papieża. W końcu pałace, luksusowe fury, konkubiny i inne luksusy nie sfinansują się same… Jeśli ksiądz tego nie robi, lecz inwestuje pieniądze w coś bardziej pożytecznego, liczyć się musi z niewesołymi dla siebie konsekwencjami.

Wierni mogą takiego proboszcza bronić… ale jak pokazuje sytuacja w Małopolsce, niewiele mają do gadania, bądź zgoła nic. Kościół jest bowiem strukturą mocno hierarchiczną, niższe jej szczeble są winne bezwzględne posłuszeństwo wyższym, a wierni świeccy są na samym dole. Innymi słowy, jeśli biskup zadecyduje o czymkolwiek, na przykład o przeniesieniu lubianego duszpasterza (są przecież tacy, którzy pracują na rzecz społeczności lokalnych, prowadzą działalność dobroczynną czy robią inne fajne rzeczy) i wstawieniu na jego miejsce jakiegoś pazernego tyrana, owieczki muszą się dostosować. Podobnie zresztą, jak sami kapłani. Kościół katolicki jako wspólnota to wyłącznie propagandowy mit; zamiast wspólnotowości są tam hierarchiczność i podporządkowanie. Wynika to oczywiście z faktu, iż mamy do czynienia z korporacją, nadto wyrastającą z feudalizmu i mentalnie w znacznej mierze wciąż w nim tkwiącą. Są tam więc panowie i słudzy (których się doi), nie ma stanów pośrednich.

Czyli po staremu – forsa i władza…

Jaki jest najlepszy sposób na ukrócenie tych patologii? Ano, prosty. Bojkot Kościoła katolickiego, opuszczanie jego struktur. Im mniej osób zostanie, tym łatwiej będzie wymusić na purpuratach odejście od korporacyjno-feudalnych praktyk. Bo jeśli od nich nie odejdą, ów związek wyznaniowy po prostu upadnie.

Nic złego się zresztą przez to nie stanie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Odbieranie dobrego

Smutna rocznica motoryzacyjna

Przejęcie