Drogie państwo wyznaniowe

Rzeczpospolita Polska formalnie jest państwem świeckim. Ale TYLKO formalnie, jak bowiem wiemy, de facto od przełomu lat 1989/90 jest ona krajem wyznaniowym. Rzecz jasna, z winy solidaruchów (dzisiejsze PIS i KO, ale PSL, resztki formacji pana Hołowni tudzież naziole są równie klerykalni), którzy dopuścili Kościół katolicki do aktywnego udziału w polityce oraz obdarowali go nader licznymi przywilejami. Poskutkowało to nie tylko mentalnym cofnięciem (k)raju nad Wisłą o stulecia, ograniczeniem praw człowieka – zwłaszcza kobiet i osób LGBT + – oraz klerykalizacją edukacji, lecz także realnymi kosztami, jakie ponosimy wszyscy, niezależnie od przynależności wyznaniowej.

W nadchodzącym roku z planu budżetu państwa zniknąć miał Fundusz Kościelny. Ale nie zniknie. Mało tego, rząd planuje przeznaczyć na niego 284 mln 560 tys. zł, czyli o 11 mln złociszy więcej niż w obecnym roku budżetowym. Będzie to najwyższa kwota w historii Funduszu Kościelnego.

Tu przypomnijmy, że został on wprowadzony w poprzednim ustroju, jako rekompensata dla Kościoła katolickiego i innych związków wyznaniowych za majątek skonfiskowany w okresie stalinizmu (1944-56). Tyle, że po 1989 roku dobra te zostały zwrócone, i to z naddatkiem (przykładem tragedia Osiedla Maltańskiego w Poznaniu), toteż Fundusz Kościelny jest ni mniej, ni więcej, a przeżytkiem, nadto obciążającym finansowo nasze państwo… czyli NAS WSZYSTKICH!!! Innymi słowy, to po prostu dojenie budżetu przez największy i najbogatszy związek wyznaniowy działający w Polsce.

Ale to nie wszystko. Około 200 mln zł rocznie to łączny koszt tego, że w poszczególnych instytucjach publicznych, od służb mundurowych, poprzez szpitalne, po urzędy, działają kapelani. Sam fakt ich tam obecności nie jest może jeszcze najgorszy, niemniej, jeśli myślicie, że to Kościół ich opłaca… no, to jesteście w błędzie.

I katecheza szkolna. Na nią dopiero idą pieniądze! Szacunkowo od 1,5 do 2 MILIARDÓW złotych każdego roku! Większość z tej kwoty to oczywiście wynagrodzenia katechetów. Jeśli ci są świeccy, to okej, nauczycielowi trzeba płacić za pracę, nawet za wciskanie ciemnoty. Ale w przypadku księży czy zakonników wypłaty iść powinny z kościelnej kiesy; katechizowanie dzieci i młodzieży to wszak część ich obowiązków zawodowych. Tu małe przypomnienie: kiedy zaraz na początku transformacji ustrojowej, w 1990 roku, premier Tadeusz Mazowiecki dekretem wprowadził katechezę do szkół publicznych (chciał pozyskać w ten sposób poparcie biskupów w nadchodzących wyborach prezydenckich, ci wszelako woleli Lecha Wałęsę), strona kościelna obiecywała, że lekcji tego przedmiotu związek ów wyznaniowy udzielał będzie za darmo. Jak widać, z obietnicy purpuraci się nie wywiązali. Czy tych pieniędzy naprawdę nie można byłoby ulokować lepiej, na przykład w jakichś programach pomocowych dla rodzin? Opowiadanie bajek za TAKIE kwoty zaiste marną jest inwestycją środków publicznych…

Pamiętajmy także o przywilejach fiskalnych duchowieństwa katolickiego i Kościoła jako związku wyznaniowego. One też zubożają budżet.

No i są jeszcze różne dotacje dla kościelnych instytucji. Przykładowo, pod PiS-owskimi nie-rządami szczodrze obdarowywano w ten sposób przedsięwzięcia Rydzyka.

Wydarzenia publiczne, takie jak otwarcie drogi, mostu, jakiejś instytucji, itd., nie mogą się obyć w (k)raju nad Wisłą (to właśnie przykład zacofania mentalnego) bez udziału księdza, a czasem nawet (zależnie od rangi uroczystości) biskupa. A ten za pomachanie kropidłem słono bierze, rzecz jasna uszczuplając w ten sposób dochody już to państwa, już to danej jednostki samorządu terytorialnego – w każdym przypadku nas, osób obywatelskich.

Na to wszystko składamy się my. Nieważne, czy wierzymy w Boga, a jeśli tak, czy przynależymy do Kościoła katolickiego, bulimy na ów związek wyznaniowy. Tymczasem brakuje środków na pomoc społeczną, skuteczną walkę z (rosnącym, acz jak na razie maskowanym) bezrobociem, działania rozwojowe i inne inwestycje, jakie przysłużyłyby się dobru publicznemu. Walenie pieniędzy ogromnie bogatej korporacji, jaką jest Kościół katolicki, to wielkie marnotrawstwo.

Ale polską scenę polityczną zdominowała prawica, ta zaś jest niemal w całości klerykalna (Rafał Trzaskowski to zaiste wyjątek od reguły, acz i jego poparcie dla świeckiego państwa budzi uzasadnione wątpliwości po sprawie Margot sprzed kilku lat). W przypadku postsolidarnościowców, czyli solidaruchów, klerykalizm stanowi po prostu formę odwdzięczania się za wsparcie finansowe (także dzięki włoskiej mafii i CIA) tudzież polityczne w latach 80. XX wieku; Kościół płacił, to i wymaga po transformacji ustrojowej. Prawica z kolei neonazistowska nurza się w ciemnocie, czego jednym z elementów jest służalczy stosunek wobec wiadomego związku wyznaniowego.

A nasze portfele pustoszeją…

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Odbieranie dobrego

Smutna rocznica motoryzacyjna

Przejęcie