Mokosz i Perun w szkole
Moda na słowiańszczyznę trwa od lat i ma się dobrze. Jak kiedyś pisałem, uważam ją za zjawisko pozytywne, pomimo pewnej komercyjnej otoczki, takiej jak nazywanie różnych produktów „słowiańskimi” po to, by je sprzedać; ogólnie jednak moda owa pomaga w szerzeniu wiedzy o religii, kulturze tudzież historii naszych przodków. Wiedzy, dodajmy, zakres której stale się rozszerza.
Jednym z elementów tego zjawiska jest powtarzany co jakiś czas postulat różnych środowisk społecznych, aby mitologia słowiańska nauczana była w polskich szkołach. Obecnie w programach nauczania jest grecka (a konkretnie grecko-rzymska) i oczywiście biblijna, brakuje za to lekcji o tym, w co wierzyli nasi przodkowie, nim przyjęli chrzest (i dużo później, wiele bowiem dawnych, pogańskich wierzeń przetrwało pod chrześcijańskim płaszczykiem aż do dziś). Chociaż nie do końca, bo zajęcia takie, w niektórych placówkach oświaty (no dobra, tu mam wątpliwości, zwłaszcza od czasów PiS-owskich) się pojawiają, w formie chociażby kółek zainteresowań. Ale chodziłoby o lekcje na języku polskim czy historii.
Zwolennicy takiego rozwiązania twierdzą, słusznie jak najbardziej, że z mitologii słowiańskiej wyrasta nasza kultura – to prawda; wystarczy spojrzeć na dożynki, palenie zniczy na grobach, zostawianie pustego talerza w Wigilię, witanie chlebem i solą, obyczaje weselne, itd. – toteż należy o tym w szkołach uczyć. W pełni się z tym zgadzam, przy czym…
Ano właśnie, mitologia słowiańska, jakkolwiek coraz lepiej poznawana i stale badana, dopiero się kodyfikuje, jest opracowywana. Nawet rodzimowiercy sprzeczają się, czy dana postać to bóg/bogini, czy inny byt. Nie jest to wcale oczywiste, bowiem historycznych źródeł pisanych jest bardzo mało, toteż gigantycznej trzeba pracy, aby mityczne elementy wyłuskiwać z ludowych zwyczajów czy z tego, co wchłonęło chrześcijaństwo. Niemniej, na rynku oraz w internecie pojawia się coraz więcej przystępnych opracowań, zakres wiedzy stale się więc zwiększa i można wybrać materiały do zastosowania w nauczaniu.
Osoby studzące entuzjazm podkreślają, że materiały może i są, ale z czasem na ich wykorzystanie to już inna sprawa. Programy nauczania z poszczególnych przedmiotów są wszak przeładowane. Z lekcji języka polskiego trudno zaś wywalić mitologię grecką oraz biblijną; obie stanowią przecież jeden z filarów kultury europejskiej (pomimo faktu, że mitologia biblijna wywodzi się z Bliskiego Wschodu i stanowi jeden wielki plagiat wierzeń sumeryjskich, chaldejskich czy egipskich, do czego chrześcijaństwo dołożyło jeszcze inspiracje greckie, rzymskie tudzież inne), toteż podstawową o nich wiedzę młodzi ludzie zdobyć powinni.
Ale jest na to sposób. Otóż, w szkołach jest zbędny przedmiot w postaci katechezy katolickiej. Wystarczy przenieść ją na salki katechetyczne, gdzie jej miejsce, w szkołach natomiast wprowadzić religioznawstwo, czyli przedmiot przekazujący podstawową wiedzę o różnych religiach i mitologiach. W jego ramach z powodzeniem można by nauczać o mitologii słowiańskiej czy nawet rodzimowierstwie. Podobne rozwiązanie funkcjonuje w państwach zachodnioeuropejskich, na przykład w Wielkiej Brytanii. Dlaczego nie mogłoby sprawdzić się w Polsce?
Wątpię jednak, by nasi rządzący mieli na tyle otwarte umysły, aby na coś takiego pójść. Zwłaszcza, że są zbyt kościółkowi, aby dostrzec dobre oblicza Mokoszy czy Peruna. Bo członkinie i członkowie słowiańskiego panteonu, jakkolwiek mieli swoje wady, byli dobrzy (są, bowiem bóstwa umierać mają dopiero wówczas, gdy nikt nie wypowiada ich imion, a te słowiańskie wypowiadane są coraz częściej), w odróżnieniu od hebrajskiego Jahwe, zaadoptowanego przez chrześcijaństwo i później islam. Z niego to kawał drania! Na szczęście nie istnieje.
Komentarze
Prześlij komentarz