Niezrozumienie pokoleniowe
Już przed laty zauważyłem, że generacje, które większość swojego zawodowego życia spędziły w poprzednim systemie, czyli w Polsce Ludowej, a w kapitalistycznej III Rzeczypospolitej co najwyżej dociągnęły do emerytury, często mają problem ze zrozumieniem sytuacji pokoleń młodszych, które w dorosłość weszły w dobie kapitalizmu lub nawet całe życie w nim spędziły. Innymi słowy, boomersi nie pojmują tego, co czują i przeżywają millenialsi i zetki. Prowadzi to do licznych scysji, a nawet nieszczęść.
W szczególności nie dociera do nich, że wspomniane generacje mają znacznie niż oni trudniej pod względem zawodowym.
Bo owszem, PRL nie była rajem na Ziemi, ówczesny system – mylnie nazywany „komunizmem” czy „socjalizmem”, a w istocie będący technokracją biurokratyczną – miał wiele wad, niemniej dysponował też gigantycznymi zaletami, jakich w kapitalizmie trudno szukać. Mianowicie gwarantował, nawet w kryzysowym okresie lat 80., zatrudnienie, a wraz z nim stabilność bytową na podstawowym poziomie. Był nawet obowiązek podejmowania pracy zawodowej. Ile więc człowiek zarobił, tyle zarobił, ale na najważniejsze wydatki starczyło; w czasie kryzysu trzeba było co najwyżej odstać swoje w kolejce. O robotę było w każdym razie łatwo, wystarczyło się zarejestrować.
Dla ludzi z pokoleń Y (millenialsów) i Z to czysta abstrakcja. Znalezienie pracy – zwłaszcza takiej, która będzie w miarę stabilna i pozwoli się utrzymać przy obecnych kosztach życia (w poprzednim ustroju były znacznie niższe) – nawet przy dobrej koniunkturze gospodarczej łatwe nie jest; w niektórych sektorach, na przykład takiej administracji publicznej, bez znajomości się nie obejdzie. Codziennością są za to wieczne staże, nierzadko bezpłatne, umowy śmieciowe czy wymuszone samozatrudnienie; wszystko to pociąga za sobą obniżenie zarobków, chociażby poprzez przerzucenie na pracownika kosztów pracy, z ubezpieczeniem społecznym na czele. A w robocie liczyć się trzeba z nieregulowanym jej czasem, byciem ciągle pod telefonem i na każde wezwanie szefa, mobbingiem, no i przede wszystkim z tym, że dziś się pracuje, a jutro wylatuje, w zasadzie bez powodu, chyba, że za powód uznać to, iż szefunio znalazł kogoś, kto będzie tyrał całkiem za darmo.
Innymi słowy, zdecydowanie zbyt wielu młodych ludzi ma marne życie zawodowe: niestabilne, pełne stresu, przemęczające, niepozwalające na rozwój, często uniemożliwiające nawiązywanie trwałych relacji… Do tego zaś dochodzą makabrycznie wysokie koszta życia. Wszystko jest wszak teraz drogie, opłaty niejednokrotnie przewyższają możliwości płatnicze, a kiedy trzeba kupić lub wynająć mieszkanie, to już finansowo przerąbane po całości. Pomoc od państwa jest mizerna i trudna do uzyskania; jeśli zawodowo powinie się noga, człowiek rozchoruje się, bądź wystąpi inny czynnik uniemożliwiający choćby krótkotrwale pracę, zostaje się z niczym.
To kolejna rzecz, której pokolenia, jakie spędziły życie w PRL, nie rozumieją. Ludzie ci mieli bowiem zapewnioną pomoc od państwa. Przedsiębiorstwo, w którym pracowali, MUSIAŁO im zapłacić (dziś to wcale takie oczywiste nie jest), w razie opóźnień z wypłatą były wielkie afery, istniał rozbudowany system wsparcia, a koszta życia redukowały bezpłatne żłobki i przedszkola czy opieka zdrowotna, nie wspominając o taniej komunikacji publicznej. Z kolei na początku transformacji ustrojowej w razie utraty pracy łatwo było o zasiłek (dlatego zresztą plan Balcerowicza zabił dwa, a nie dwadzieścia milionów osób); obecnie staranie się o pomoc społeczną to jeden wielki koszmar.
Mówiąc krótko, młode pokolenia, dotknięte przez kapitalizm, zmagają się z niestabilnością bytową, wysokimi kosztami utrzymania, stresem, beznadzieją, przemęczeniem, co często prowadzi do różnych dysfunkcji zdrowia psychicznego, na przykład depresji. Mają już na starcie podcięte skrzydła. System ów nieludzki redukuje ich do roli biologicznych narzędzi, odczłowiecza i porzuca, gdy przestają być potrzebni kapitalistycznemu wyzyskiwaczowi. A państwo nie pomaga.
Tego wszystkiego nie rozumie generacja, która za praktycznie darmo w poprzednim ustroju otrzymała od państwa godne życie, którą państwo wyciągnęło z feudalnej nędzy i upodlenia. Stąd się biorą bezsensowne narzekania na „lenistwo” i „roszczeniowość” młodszych pokoleń. A tymczasem „lenistwo” to w istocie wypalenie i depresja, zaś „roszczeniowością” jest po prostu chęć normalnego życia, zarobienia na chleb, czyli coś, co kapitalizm odbiera.
Komentarze
Prześlij komentarz